poniedziałek, 1 maja 2017

Recenzja „Imperium burz” (Szklany Tron 5) Sarah J. Maas



Pierwszy raz udostępniłam tę recenzję zaraz po wydaniu angielskiej wersji Imperium Burz we wrześniu 2016, jednak postanowiłam opublikować ją ponownie ze względu na polską premierę. Z Maas spotkałam się wiosną zeszłego roku i od tamtej pory przeczytałam wszystkie jej książki z obu serii, ponieważ uwielbiam jej umiejętność wpływania na emocje i pisania patetycznych, ale łapiących za serce zdań. Imperium Burz to piąty i przedostatni tom cyklu Szklany Tron.


Do recenzji zabierałam się równie długo, co do rozpoczęcia samej książki. Na pewno wiecie, jak to jest, kiedy macie zamiar zabrać się za kolejny tom jednej z waszych ulubionych serii i jesteście jednocześnie podekscytowani i przerażeni. Uparłam się również, że będę czytać około 100-150 stron dziennie, tak aby wynieść z lektury jakąś przyjemność, a nie pochłonąć ją za jednym zamachem, dlatego zajęło mi to jakiś tydzień. Przyznam się, że ciężko mi było sklecić te kolejne kilka zdań, ponieważ tyle się działo podczas tych sześciuset stron, że tak naprawdę każda poniższa informacja zmieniała się przynajmniej po dwa razy.



Aelin Ashryver Galathynius jest w dużej kropce. Powrót do Terrasen wygląda zupełnie inaczej, niż go sobie wyobrażała. Lord Darrow nie jest pod wrażeniem królowej Aelin Ogniste Serce, więc póki co powrót na tron  nie wchodzi w grę. Erawan nie poczynił jeszcze żadnego ruchu, co jest co najmniej niepokojące. Przy boku królowej brak silnych sprzymierzeńców. Zagadki królowej Eleny zdają się nie mieć odpowiedzi. Poza tym uszu Aelin dochodzą przerażające wieści o ataku klanu Blackbeak na Rifthold, którego celem jest porwanie Doriana, zastraszenie mieszkańców i przejęcie miasta. Ciotka Maeve, potężna i przebiegła, snuje kolejne intrygi i zawiązuje potężne sojusze. Aelin jest zmuszona wyruszyć w podróż, by zdobyć sprzymierzeńców wspierających jej przedsięwzięcie i chętnych oddać życie za lepszą przyszłość. W międzyczasie Elide, która znalazła oparcie w Lorcanie, stara się odnaleźć swoją królową, Aedion ma okazję poznać pewną ważną dla niego osobę, a Manon... Cóż, Manon w końcu pokazuje, że nie jest tak kompletnie bez serca. Dodatkowo w pakiecie dostajemy kilka interesujących romansów.


Naprawdę ciężko opisać mi o czym jest ten tom bez wyjawiana szczegółów. Mamy jeden zwrot akcji za drugim, wiele rzeczy najpierw się komplikuje, żeby potem się wyjaśnić, tak aby na końcu wszystko szlag trafił! Naprawdę ciężko było mi się oderwać od lektury, ponieważ tempo akcji było bardzo podkręcone. Szczerze mówiąc, bardziej niż recenzję chciałabym napisać post, w którym będę mogła wymienić dziesięć momentów, podczas których musiałam odłożyć książkę, żeby wziąć głęboki oddech i ochłonąć. Pomimo tego, że znalazłoby się kilka rzeczy do ponarzekania, uważam, że Maas jak zwykle nie zawiodła, bo dała nam historię, podczas której człowiek się nie nudzi – i nawet jeśli czasem spodziewa się, co się wydarzy, to i tak dzięki plastycznemu językowi autorki i umiejętności wpływania na emocje, ma się ochotę krzyczeć z oburzenia i płakać ze smutku.

Mam jednak pewne zastrzeżenia co do bohaterów – zdawało mi się, że byli oni „out of character”; nie przypominali siebie samych z pierwszych tomów cyklu. Poza tym pewne elementy fabuły za bardzo przypominały mi drugą część Dworu Cierni i Róż tej samej autorki. Wiem, że na Goodreads wiele osób również to zauważyło i dlatego nie mieli takiej hojnej opinii o książce jak ja, niemniej jednak każdy autor ma jakieś słabości i mankamenty.

Piszcie w komentarzach, która z przeczytanych przez was książek tak bardzo was ruszyła!







Brak komentarzy:

Prześlij komentarz